Dąbrowski Jan Henryk (1755–1818), twórca legionów polskich we Włoszech. Ujrzał światło dzienne w Pierzchowcu, wiosce pow. bocheńskiego 2 (według metryki kościoła w Niegowieci) czy 29 VIII (jak sam podał w Familien-Geschichte). Był czwartym dzieckiem Jana Michała, oficera wojsk saskich, i Zofii z domu Lettowów, pochodzenia szkocko-niemieckiego i wyznania reformowanego, z tradycją służby w gwardii litewskiej i koronnej. Po bardzo wczesnej stracie matki wychowywał się u babki (Alanównej) i wujostwa Kępieńskich do 11 roku życia. Wtedy dostał się w środowisko niemieckie, w którym się kształcił pod okiem ojca, i już w r. 1771 (1 II) wstąpił na ochotnika do wojska saskiego, gdyż znikły widoki służby w Polsce, pogrążonej w zawierusze barskiej i katastrofie rozbioru. Związki z krajem rodzinnym się rozluźniły, D. (od 7 VII 1772 zastępczy podporucznik w pułku szwoleżerów im. ks. Albrechta) ulegał wpływom kordegardy. Przejął się kulturą niemiecką, rozczytując się w literaturze (później zwłaszcza w utworach Schillera), a zostawszy »rzeczywistym« podporucznikiem (17 V 1773), zaczął poważniej pojmować obowiązki zawodu. Po odbytej kampanii sukcesyjnej bawarskiej i stracie ojca ożenił się w r. 1780 z Gustawą Rackel. Na aktach niemieckich podpisywał się Johann Heinrich z Panną Dąbrowski, więc zachowywał pamięć herbu (virgo violata) i przynależności narodowej, ale coraz silniej spajał się z saskim środowiskiem. Wrósł w nie przez małżeństwo, obyczaj i upodobania, zwłaszcza że przeszedłszy do gwardii (1 VIII 1780), mieszkał w Dreźnie, gdzie też gromadził »książki, miedzioryty, mapy i zbiory planów«. Od tego czasu oddawał się bardzo gorliwie wiedzy wojskowej pod wpływem komendanta gwardii, hr. Maurycego Bellegarde, reorganizatora jazdy saskiej. W r. 1784 (25 VIII) mianowany jego adiutantem jako zastępczy, od r. 1789 (30 X) jako »rzeczywisty pierwszy« rotmistrz, wciąż »uczył się z usilnością« i zyskał obszerne wykształcenie, oparte na gruntownej znajomości historii sztuki wojennej, a nie tylko współcześnie panującej doktryny fryderycjańskiej. Lecz nie miał (wtedy w pełni lat męskich) w cichej Saksonii szerszego pola działania ani wielkich widoków na przyszłość po śmierci hr. Bellegarde (1792). A właśnie wzywała go dawna ojczyzna. Sejm czteroletni powoływał rodaków służących w wojskach obcych do uchwalonej przez siebie armii stutysięcznej, a Stanisław August szczególnie troszczył się o pozyskanie D-go, aby zreformował kawalerię narodową I brygady wielkopolskiej generała Madalińskiego, który posłując wyrobił sobie komendę, ale był żołnierzem starej daty. D. wziął dymisję (2 VI) z wojska saskiego a w polskim otrzymał zrazu stopień podpułkownika (28 VI), następnie (14 VII) wicebrygadiera. Na tok kampanii w obronie konstytucji majowej nie wpłynął, bo już się miała ku końcowi. Zresztą pozostawał w odwodzie, w obozie królewskim. Natomiast nie opuścił rąk za rządów konfederacji targowickiej.
Sprowadził żonę z dziećmi (miał ich z wiosną r. 1792 jeszcze czworo, synów w wieku lat 9, 5 i 1½ oraz córkę 4-letnią, ale wkrótce postradał obu młodszych chłopców) i zajął się z właściwą mu »dokładnością i pilnością w służbie« ćwiczeniem brygady na jej kwaterach wielkopolskich. Dzięki temu mógł opierać się w Gnieźnie skutecznie, lubo na czele tylko dwu szwadronów, wkraczającym wojskom pruskim aż do otrzymania rozkazów. Na nowych leżach, bliżej stolicy, w lutym r. 1793 powziął z podkomendnymi oficerami myśl wydobycia artylerii z arsenału warszawskiego i podjęcia akcji przeciw zachodniemu zaborcy. Plan ten opierał się na założeniu, że Rosja zachowa życzliwą neutralność. Kiedy złudzenia prysły i dywizja wielkopolska została skierowana w Sandomierskie, wówczas, w czerwcu r. 1793, D. w porozumieniu z dowodzącym w Krakowie generałem Wodzickim, uznając beznadziejność walki z przemocą najeźdźców, ułożył projekt zebrania wojsk Rzpltej i przerżnięcia się przez Śląsk, Morawy, Bawarię nad Ren ku Francji rewolucyjnej, głoszącej hasła braterstwa ludów. Wszakże i ten zamysł okazał się niewykonalnym, a D., widząc nieuchronność rozbioru Polski i zmniejszenia armii w stosunku do uszczuplonych granic i zasobów, zabrał się do opracowywania takiej organizacji siły zbrojnej, aby ocalić najcenniejsze jej elementy. Na sejmie podziałowym w Grodnie mówiono z uznaniem o D-im i uchwalono, aby należał do komisji, która miała wojsko urządzić na nowych zasadach. Jednakże czy to w Grodnie czy w Warszawie czynność jego budziła podejrzenia patriotów gotujących się do powstania, gdyż komisja wojskowa przeprowadzała redukcję wojska i zasiadali w niej ludzie zaprzedani Moskwie. Nie był więc D. dopuszczony do sprzysiężenia, gdy w połowie marca r. 1794 brygada jego ruszyła pod Madalińskim z Ostrołęki, gdzie stała na kwaterach, dając hasło do insurekcji. D., który przebywał w Warszawie, niewątpliwie uważał przedsięwzięcie za szalone, ale, wysłany przez komisję wojskową dla zatrzymania brygady, zdołał skupić przy sobie tylko zapóźnione oddziały. Uzupełniał je nowym zaciągiem, obserwował Prusaków posuwających się w głąb kraju, przemyśliwał, jakby im się oprzeć, i czekał, jaki obrót wezmą wypadki. Nie na odgłos aktu krakowskiego (z 24 III) ani Racławic, lecz dopiero na wiadomość (przesłaną mu przez żonę) o oswobodzeniu się stolicy skierował się tam ze swą komendką, wychwytując po drodze uciekających Moskali. Lubo wielu wyższych oficerów również dopiero wtedy zgłaszało swój akces do powstania, D. narażony był na niebezpieczeństwo ze strony pospólstwa, rozjątrzonego niedawną walką i wszędzie wietrzącego zdradę. Uratowali go Wybicki i Mokronoski, osłaniając swą powagą urzędową. Wyrozumieli jego czyste intencje i odgadli walory bezcenne w ówczesnym rozpaczliwym położeniu. D. wiedzą militarną był niewątpliwie najwybitniejszym z dowódców polskich i on tylko dorastał wielkości zadań. Nieszczęściem musiał dopiero zyskiwać zaufanie, aby wpłynąć na kierunek działań wojennych. Było to szkodą niepowetowaną. On bowiem, chociaż i bez wiary w założenia powstania, najtrafniej się wyznawał w sytuacji wojennej i nie tylko wskazywał odpowiednie środki, ale umiał plany urzeczywistniać. I tak: pierwszy odkrył niebezpieczeństwo zagrażające od Prusaków i doradzał uprzedzić ich zamiary. Osłaniał zręcznie Warszawę, zyskując uznanie naczelnika i stopień generalski (20 VI), a podczas oblężenia stolicy najskuteczniej wspierał Kościuszkę. Odparł najgroźniejsze uderzenie od strony Powązek (28 VIII). Następnie, wyprawiony do Wielkopolski w pomoc tamtejszym powstańcom, zwrócił przeciw sobie wszystkie siły pruskie, dziesięciokrotnie przewyższające jego trzechtysięczny korpusik, niedostatecznie uzbrojony, z surowego przeważnie materiału złożony, z którym złączyły się konne szlacheckie i piesze ludowe ruchawki, pełne zapału, ale nie łatwe do użycia. Na domiar komenda warszawska nie zabezpieczyła połączeń ze stolicą poprzez Bzurę, co zdawało się skazywać D-go na niechybną zagładę. Jeśli się wydobył z matni i, dotarłszy do Gniezna i Bydgoszczy, zaalarmowawszy Poznań, Toruń i nawet Gdańsk, zdołał się wycofać bez strat i uwożąc znaczne mienie, to oczywiście przede wszystkim dzięki niedołęstwu przeciwnika. D. potrafił go wprowadzić w błąd co do swoich zamiarów, zastraszyć rzekomą potęgą i powstrzymać od stanowczego uderzenia. Starł się tylko z partyzantem Székelym, który go zaatakował w nocy z 29 na 30 IX pod Łabiszynem, a następnie bronił mu wstępu do Bydgoszczy (2 X). Zresztą tylko manewrowano. Prusacy ściągnęli siły aż z Berlina i z zajętego po bitwie szczekocińskiej Krakowa, a jednak do końca nie ośmielili się wystąpić czynnie. Powstanie konało pod ciosami Moskali. D. na próżno doradzał ewakuację stolicy i przeniesienie działań do Wielkopolski albo, już po upadku Pragi, marsz ku Francji. Ostatecznie wojsko rzuciło broń i rozeszło się, a D. musiał Suworowowi wystawić rewers, że nie będzie się bił przeciw Rosji. Zyskał przez to niejakie względy, ale nie mógł opuścić Warszawy. Zatrzymywało go i stłuczenie nogi, wiążące go długie miesiące w łóżku. Porządkował wtedy wspomnienia i dokumenty swej wyprawy do Wielkopolski (na których oparł ogłoszony w r. 1796 Beitrag zur Geschichte der polnischen Revolution im Jahre 1794) i rozmyślał, co począć dalej.
Wzdrygał się przyjąć służbę u jednego z mocarstw rozbiorowych. Raczej wróciłby do saskiej. Lecz insurekcja, jak rozpłomieniła uczucia narodowe, tak i podniosła wysoko w sławie i stopniu obrońcę Powązek i dowódcę wyprawy do Wielkopolski. Chciał więc i nadal służyć ojczyźnie albo dobijać się nowej chwały pod sztandarami republiki francuskiej. Tylko że wyrachowania na poróżnienie się państw dzielących Polskę okazały się zawodne, a wyjazd na zachód był trudny. Dopiero po zajęciu Warszawy przez Prusaków, gdy doszły wieści o zabiegach naszej emigracji celem podniesienia sprawy upadłej Rzpltej, D. mógł wyruszyć z jakąś nadzieją zorganizowania na obczyźnie legionów polskich. Myśl, którą wysunął był jeszcze w okresie II rozbioru i do której usiłował nawrócić u schyłku insurekcji, podejmowano z różnych stron, a Wybicki jego upatrzył na wodza wojska, które miało się formować z jeńców austriackich rodem z ziem dawnej Rzpltej i uchodźców. Plan ten łączył odłam umiarkowany tułaczy polskich (do którego należeli Wybicki, agent dyplomatyczny insurekcji Barss, generał Wielhorski i i.) ze zwołaniem sejmu konstytucyjnego, aby mieć w nim przedstawicielstwo narodowe obok odradzającej się armii. D. wahał się jeszcze nieco, już to z obawy przed intrygami rodaków zawistnych czy nieufnych, już to żywiąc jakieś jeszcze złudzenia, że Fryderyk Wilhelm II mógłby znowu a szczerzej sprzymierzyć się z Polakami przeciw Rosji i Austrii. Przedkładał nawet królowi pruskiemu na tym założeniu oparty plan wojenny. Może wszakże chciał w ten sposób jedynie ubezpieczyć się w dalszej drodze i zapobiec protestom ze strony państwa, zbliżonego do Francji przez traktat bazylejski, przeciw projektowi legionowemu. Ten (z datą 10 X 1796), podany w Paryżu, został przez Dyrektoriat Wykonawczy przekazany Bonapartemu dla zrealizowania we Włoszech z podstępnym wyrachowaniem zahamowania raczej niźli poparcia niepodległościowych dążeń tamtejszej ludności. Dlatego D., który udał się do Mediolanu z gen. Wojczyńskim, był zrazu źle przyjęty. Wprawdzie wkrótce wódz armii francuskiej w Italii udzielił swego poparcia, i D. mógł zawrzeć z rządem lombardzkim 9 I 1797 umowę, wedle której miały formować się polskie legiony posiłkowe z zachowaniem ich znamion narodowych pod hasłem braterstwa broni ludów dobijających się wolności. Wszakże legiony były raczej orężem panowania Francuzów i we Francji pokładały swe nadzieje. Stąd wynikały dla nich trudności w stosunkach z patriotami włoskimi i powikłania tragiczne, gdy rychłe zawarcie pokoju z Austrią niweczyło założenia polityki emigracji polskiej. D. wytrwał mimo wszystkich przeciwności i sprawiedliwie jego imię przekazała potomności pieśń legionów. Nie osiągnął wprawdzie bezpośrednio ostatecznego celu, ale skupiając tysiące żołnierzy pod hasłem oswobodzenia ojczyzny i kształcąc kadry przyszłej armii, oddziaływał potężnie na kraj, aby nie pogrążył się w zwątpieniu w najsmutniejszym okresie dziejów. Walcząc z ludźmi i losem, D. niejednokrotnie uciekał się do wybiegów i podstępów, kręte obierał ścieżki, niemniej słusznie przewidywał, że kiedyś Francja podejmie zagadnienie polskie, i dlatego pozostawał jej wierny mimo wszelkich zawodów. Po triumfalnym wmarszu do Rzymu (3 V 1798) i udziale w zwycięstwach nad Neapolem przyszły klęski r. 1799. Dotknęły one najpierw II legię (Rymkiewicza i Wielhorskiego). Z kolei i I legia pod D-im skrwawiła się strasznie nad Trebią (gdzie i on sam był ranny) w trzydniowej bitwie (17–19 VI) z Suworowem, następnie w dwukrotnych zmaganiach się pod Novi (15 VIII i 24 X) i w obronie pobrzeża liguryjskiego (w miesiącach zimowych). Żeby ratować bliskie zagłady szczątki obu legii »włoskich«, udał się do Paryża w grudniu r. 1799 i uzyskał od Bonapartego zgodę na uformowanie jednej. I to nie bez trudności, gdyż »naddunajska« więcej pożytku obiecywała w otwierającej się kampanii. Jakoż z organizacją swojej nie był gotów D. przed schyłkiem r. 1800, chciał ją mieć bowiem w sile podwójnej, ściągając do kwatery w Marsylii bez wielkiego wyboru jeńców rosyjskich, wziętych przez Massenę w bitwie pod Zurychem. Mógł uczestniczyć już tylko w blokadzie Peschiery, gdy pokój znowu wystawił legie na zatratę. Porzucało je wielu i co znakomitszych oficerów, aby nie pomawiano ich o kondotierstwo, gdy znikła nadzieja dla Polski. Zbiegał żołnierz z obawy przed zesłaniem do kolonij. Jakoż z pozostałych więcej niż połowa miała wyginąć na San Domingo. D., który snuł rozpaczliwe plany czy przedzierania się do kraju dla wzniecenia insurekcji, czy szukania schronienia na wyspach Egejskich, odsunięty został od wpływu, chociaż miał rangę naczelnego inspektora wojsk polskich (1802). Nad ocalałą z nich jedną półbrygadą czuwał sam, pozostając formalnie w służbie rzeczypospolitej czy królestwa Włoch północnych, a właściwie Napoleona, bo od niego tylko mógł się spodziewać czegoś dla swej ojczyzny. Utrzymał mundur polski dla dawnych legionistów, ale po równi z nimi coraz więcej ulegał wpływom obcego środowiska. Córkę Karolinę kształcił w Paryżu, syna Jana-Michała umieścił jako kapitana w kawalerii włoskiej, której był generalnym inspektorem od r. 1803. W swej mediolańskiej kwaterze pogrążał się we wspomnieniach, układał swój Mémoire militaire des légions polonaises en Italie (1801) i spisywał Familien Geschichte (1802), ale zapominał coraz więcej polskiej mowy. Wprawdzie żona Niemka zmarła (3 X 1803), natomiast synowa, Emilia di Negro, i zięć, Józef hr. Palombini, wnoszą do jego domu język i obyczaj włoski. Zmuszał do nich i jego urzędowy charakter. W nim występował czy na konsulcie lugduńskiej, powołującej Bonapartego na prezydenta rzpltej włoskiej, czy w deputacji ofiarującej mu koronę lombardzką i zbierał odznaczenia orła złotego legii (lipiec r. 1804) i komandorię korony żelaznej włoskiej (maj r. 1805), jednakże i wtedy zaznaczał, że jest »generałem polskim« niezależnie od munduru i powierzonego mandatu. I jako z takim, a nie tyle z dygnitarzem włoskim, liczył się Napoleon, kiedy go przyjął w Moguncji na audiencji poufnej (22 IX 1804) i zatrzymywał w Paryżu przez zimę z r. 1804 na 1805. Zaczynała się wyłaniać sprawa polska w związku z odnowieniem się koalicji. W ciągu kampanii austerlickiej pozostała ona jeszcze w cieniu, a D. nie był użyty, bo po Kościuszce on wyobrażał najpełniej ideę, której realizacja wymagała olbrzymich wysiłków i ofiar. Napoleon wahał się, czy wejść na tę drogę nawet po rzuceniu jenajskiego gromu, chociaż od początku wojny r. 1806 brał w rachubę wagę czynnika polskiego i do wodza dawnych legionów skierował wezwanie.
D. odebrał je 5 X w Chieti, w środkowych Włoszech, gdzie miał wtedy komendę, i natychmiast samotrzeć tylko, z synem i adiutantem Haukem, ruszył na północ. W Ulm stanął 13 X i zdążając śladem Wielkiej Armii dotarł do głównej kwatery w Dessau 22 X, a nazajutrz w Kropstädt przyjęty był przez cesarza. Jednakże Napoleon wypytywał go tylko o wiadomości z terenu wojny neapolitańskiej. Dopiero w dwa dni później w Poczdamie zagadnął go w kwestii polskiej, szachując pełnomocników pokojowych pruskich, Lucchesiniego i Zastrowa. W takimże zapewne zamiarze przy wjeździe do Berlina (27 X) wyznaczył mu najpierwsze miejsce przed wszystkimi w świcie swojej będącymi cudzoziemcami. Niemniej porozumiewał się z nim (26 X w Charlottenburgu) co do siły zbrojnej, którą by mogli wystawić Polacy. D. określił ją wtedy na 40.000, a zdając sobie sprawę ze swej zależności służbowej i wysuwających się wielkich zagadnień politycznych, szukał pomocy w Wybickim, który z nim współdziałał podczas wyprawy do Wielkopolski i w legionach. Razem podpisali odezwę z 3 XI, w której wezwali naród do powstania. Razem też wyruszyli nazajutrz z Berlina, a 6 XI przybyli do Poznania i rozwinęli gorączkową, niezmiernie płodną pracę organizacyjną. D. prowadził robotę wojskową i wykazał znakomitą zdolność improwizowania w tej dziedzinie. Wprawdzie ogólną komendę zyskał tylko nad pospolitym ruszeniem, które było raczej demonstracją szlacheckiej społeczności, a chociaż założył kwaterę w II dekadzie grudnia r. 1806 w Warszawie, formację regularnych pułków miał oddaną jedynie w departamencie poznańskim i bydgoskim, to z wszystkich dowódców polskich najwięcej zaznaczył udział broni powstańczej w tej wojnie o wyzwolenie ziem zaboru pruskiego. Jego legia (III), czyli dywizja, zdobyła Tczew (23 II 1807), przy czym on i syn odnieśli rany, potem uczestniczyła w oblężeniu Gdańska; na koniec zdążył z nią jeszcze pod Frydland, gdzie powtórnie drasnęła go kula.
W tym czasie zaczął się zmieniać jego stosunek do francuskich oswobodzicieli, i to nim jeszcze układ tylżycki wywołał uczucie zawodu. D. chciał rozszerzyć powstanie na Galicję i przenieść za Niemen, gdy polityka cesarza zmierzała do zamknięcia wojny w ściślejszych granicach, zwłaszcza po olbrzymich stratach poniesionych pod Pruską Iławą. Czuł się D. pokrzywdzony, że nie jemu powierzono dyrektorstwo wydziału wojennego. Dużo zrodziło się osobistych zadrażnień, gdy D. za rządów marszałka Davouta w Księstwie Warszawskim prawie zupełnie postradał komendę. Pułki z jego legii skierowane zostały do fortec niemieckich albo do Hiszpanii, a on sam zajął się sprawami rodzinnymi i majątkowymi. Ożenił się wtedy powtórnie (5 XI 1807) i obejmował dobra w myśl dekretu cesarskiego (z 30 VI 1807), a także jeździł do wód dla wzmocnienia organizmu z natury silnego, ale wyczerpanego przez trudy i rany. Wyswatana mu Basia, podczaszanka wschowska, Chłapowska po mieczu i po kądzieli, »kochana lala«, chociaż już pełnoletnia (urodzona w r. 1783) – pstro miała w głowie. Potomstwa na razie z tego nowego związku nie było, zaś tamto z poprzedniego przyczyniało wiele troski. Nie tyle córka, Karolina Palombini, którą jedynie wypadało wyposażyć, ale syn, wieczna zgryzota. Ojciec, zawsze nadmiernie tkliwy dla rodziny, dzielił się z nim donacją, dążąc równocześnie do zwiększenia jej przez obniżenie szacunku. Miał otrzymać dobra ziemskie wartości miliona franków, a przynoszące dochodu 50.000. Dawało to sposobność do zagarniania pod mianem nieużytków mokrych łąk i przetrzebionych borów. Dość że D. nie tylko mógł hojnie obdarować syna ekonomią pyzdrską, ale i sam wziął dawniej biskupi klucz solecki w »amcie« średzkim, 15 folwarków i kilkanaście wsi czynszowych i »zarobnych« wraz z główną majętnością winnogórską. Odtąd grzązł przez lat parę w sporach z rządem i w sprawach gospodarskich. Wprawdzie występował w uroczystościach oficjalnych, jak za przejazdów króla saskiego, zresztą jednak w życiu publicznym prawie niewidoczny, w nieczynności tej gorzkniał, zacietrzewiał się w bezwzględnej krytyce władz krajowych i pono nawet sprzyjał czynnikom spiskującym przeciw panowaniu Napoleona w Europie.
Wojna r. 1809 wyrwała go z tej rozkładczej atmosfery. Na wieść o wtargnięciu Austriaków w te pędy pospieszył z Winnogóry do Warszawy. Przybył już po bitwie raszyńskiej, lecz pojednawszy się doraźnie z Poniatowskim, wziął udział w reorganizacji armii i początkowej fazie ofensywy na Galicję. Następnie otrzymał zadanie osłony departamentów zachodnich. Dn. 8 V stanął w Płocku, 11 V w Poznaniu i znalazł się w swoim żywiole. Znowu, jak przed półtrzecia rokiem, wspólnie z Wybickim i Kosińskim Amilkarem wykrzesywał ze społeczności wielkopolskiej zapał i poświęcenie i z tak zaimprowizowaną siłą zbrojną posuwał się za spływającą już falą najazdu ku Warszawie i dalej, po złączeniu się z główną armią, ku Krakowowi. Pierwotnie sam chciał opanować stolicę Jagiellonów, ale to działanie na własną rękę spowodowało niebezpieczne powikłania, awersja zaś do Zajączka – porażkę tego pod Jedlińskiem (11 VI). Chociaż D. miał w tej kampanii tylko korpus odwodowy, ks. Józef ustąpił mu zaszczytu triumfalnego wjazdu do Warszawy i powierzył komendę na czas swego pobytu w Dreźnie. Jego ambicja, nawet próżność, były chwilowo zasycone, zwłaszcza że Towarzystwo Przyjaciół Nauk zajęło się historią doby legionowej. Później także nie zasklepiał się nadto wyłącznie w interesach i sentymentach domowych, gdyż musiał pilnować i spraw swego okręgu wojskowego poznańsko-bydgoskiego. W toku przecież były przygotowania do wielkiej próby sił r. 1812, a mogło do niej przyjść i o wiele wcześniej. D. otrzymał dywizję XVII i po zajęciu Smoleńska cofnięty został na linię Berezyny dla blokowania Bobrujska a strzeżenia pełnego zapasów Mińska i połączeń Wielkiej Armii. Snadź miano na uwadze siły jego sterane, zgrzybiałość, nie z powodu lat późnych, ale ran wciąż się odnawiających, a z drugiej strony doświadczenie zdające się być rękojmią, że zaufania nie zawiedzie. Jednakże nie sprostał obowiązkom. Nie osłonił Mińska i nie obronił mostu na Berezynie, czym przyczynił się do zwiększenia straszliwej klęski odwrotu z Moskwy. Liczne zapewne były tego przyczyny, – a nie ostatnią – szczupłość odwodów. Zresztą D. nie potrafił użyć i tych środków, które miał, skupiając je tam, gdzie się rozstrzygały losy. Wciąż manewrował, obstawiał się na wszystkie strony, a unikał starcia, rozpraszając i nużąc żołnierza. Pokutował w nim wyznawca zasad strategii osiemnastowiecznej. Współcześnie pomawiano go, że przede wszystkim ratował małżonkę, która niefortunnie wybrała się w odwiedziny i już pod Słonimiem omal nie wpadła w ręce Kozaków (19 X). Dość, że do Borysowa przyciągnął za późno (21 XI) i z niewystarczającą siłą, tak że nie zdołał mimo bohaterskiego oporu utrzymać przedmościa. Tam kontuzjowany, był ranny jeszcze pod Stachowem, w ostatniej bitwie u przejścia Berezyny (27 XI).
Uwięziony przez żonę, leczył się w Warszawie w ciągu II połowy grudnia i stycznia, po czym z ewakuowanej stolicy schronił się do Saksonii, gdzie 4 III 1813 w Lipsku objął komendę nad częścią korpusu polskiego, która została odcięta od reszty utrzymującej się jeszcze na skrawku Księstwa Warszawskiego. Chociaż nie władał jeszcze prawą ręką i wzrok miał osłabiony, dzięki licznej i dobrej kadrze oficerskiej rychło zorganizował siedmiotysięczną dywizję, której nadano tymczasowo miano korpusu polskiego (17 IV) i która w pewnej mierze uczestniczyła już w wiosennej kampanii r. 1813. Po upływie rozejmu w sierpniu zajęła ona (pod nazwą dywizji obserwacyjnej) stanowiska pod Wittenbergą, a wśród walk z Kozakami i Prusakami ściągnęła pod Lipsk (16 X). D. bronił odcinka od strony Halli mężnie i wytrwale. Jednakże po zgonie Poniatowskiego nie dostało się mu zrazu dowództwo nad Polakami, dopiero nad Renem po ustąpieniu ks. Antoniego Sułkowskiego (28 X) niesposób było go dłużej pomijać, chociaż Napoleon miał powody obawiać się jego samodzielności. Jakoż zaraz w bitwie pod Hanau szczątki polskie D. tak rozstawił, aby je oszczędzały kule, a po przybyciu do zakładu pułkowego w Sedanie starał się formować przede wszystkim gwardie honorowe z oficerów, gwoli zachowania w nich kadr przyszłej armii. Nie mógł jednak zapobiec, że na przedwiośniu r. 1814, gdy wojna przeniosła się już na ziemię francuską, wielu jego rodaków biło się w jej obronie w poczuciu żołnierskiego obowiązku i honoru narodowego pod okiem cesarza. D. musiał się w tym czasie tułać, przenosząc się w lutym r. 1814 do Compiègne i Senlis, potem do St. Denis (4 III), Pontoise (6 III), Paryża i Tours (14–22 III), gdzie usiłował rekrutować rodaków spośród jeńców. Sam już do służby frontowej prawie niezdolny, chciał odczekać, aż w zmienionych z gruntu warunkach odkryje się jakaś nowa przyszłość dla Polski. Zresztą zajmowała go i żona i przychodząca właśnie na świat (w Paryżu 18 III 1814) upragniona córeczka Bogusława.
W nowym układzie rzeczy nie został pominięty, bo jeśli miano uszanować dążenia niepodległościowe Polaków, to on je wyobrażał w nieprzerwanej ciągłości i realnym o siłę zbrojną oparciu, a był nie tylko symbolem, ale i jeszcze dużą zdolnością organizacyjną. Pod protektoratem »wielkomyślnego« Aleksandra z instrukcją jego z 15 V wracał do kraju. Dn. 25 V przejechał Frankfurt, 4 VI Poznań, 6 VI stanął w Warszawie i 10 VI ogłosił wezwanie do wojskowych polskich, aby wstępowali do armii narodowej. W komitecie wojskowym pod przewodnictwem w. ks. Konstantego był rzecznikiem szybkiego formowania siły zbrojnej, aby zająć stanowiska nad Wartą, aż się wyjaśni położenie. Później objął referat kwaterunków i remontów, aż wreszcie tracąc wpływ zasiadł w senacie. Został wojewodą Królestwa Kongresowego (1 XII 1815), następnie otrzymał order orła białego (9 XII), zachowując mimo przesunięcia granic nabytki z doby napoleońskiej i mając rangę generała jazdy. Niemniej stracił znaczenie w nowym układzie stosunków. Żył już przeszłością. Najchętniej bawił w Winnogórze, gdzie zjeżdżała córka z wnukami i gdzie chowały się jego dzieci, bo doczekał się i syna Bronisława (ur. 19 IX 1815 w Warszawie). Porządkował też papiery oświetlające jego rolę historyczną oraz zbiór map i broni starożytnej i egzotycznej, co wszystko przeznaczył dla Tow. Przyj. Nauk. Rad odświeżał wspomnienia, zwłaszcza legionowe, i rozprawiał z młodymi, zachęcając do nauki i wskazując na doświadczenia z okresu porozbiorowego. Stąd powstała legenda o jego testamencie politycznym, rozpowszechniona wśród spiskujących. Swoje »ostatnie rozporządzenie« podyktował w Poznaniu 20 VI 1817, chociaż dzięki wyjazdom »do wód« trzymał się krzepko. Takim oglądano go jeszcze wiosną roku następnego, gdy wybrał się w Krakowskie, w strony rodzinne, dla odwiedzenia krewnych Kępieńskich, Dębickich, Lettowów, Żeleńskich. Zaraz jednak po powrocie do Winnogóry z przeziębienia dostał zapalenia płuc, a w zranionej nodze wywiązała się gangrena, i zmarł 6 VI 1818 wczesnym popołudniem (o godz. 14.30). Zwłoki zabalsamowane złożone są w sarkofagu w kaplicy kościoła winnogórskiego, dokąd pielgrzymowano w okresie niewoli. Wdowa żyła do 22 I 1848. Syn Bronisław zmarł bezpotomnie (2 IV 1880), tradycję pielęgnowała córka Bogusława († 14 IV 1901), zamężna za Teodorem Mańkowskim. Z wnuków po Janie Michale jeden (Gustaw) poległ w r. 1831, drugi (Jan, podporucznik ułanów) po upadku powstania emigrował i pracował w magistracie La Rochelle, losy trzeciego (Napoleona) nieznane. – Na portretach malowanych przez Gładysza twarz D-go jest bez wyrazu, gładka, nalana, na sztychach z doby saskiej i pośmiertnych ma wygląd myślący i marsowy.
Chodźko L., Histoire des légions, Paryż 1829; Amilkar Kosiński we Włoszech, P. 1877; Wybicki J., Życie moje, Kr. 1927; Skałkowski A., Monogr. dziejów now. IV, W. 1904; tenże, Życiorysy zasł. Polaków, P. 1925, III; tenże, O kokardę legionów, Lw. 1912; Askenazy, Napoleon a Polska, II, III; Staszewski J., Z ziemi włoskiej do polskiej, P. 1932; tenże, Zdobycie Tczewa, P. 1936; tenże, Źródła wojskowe do dziejów Pomorza, Toruń 1933; Pawłowski Br., Historia wojny polsko-austriackiej 1809 r., W. 1935; Kukiel M., Wojna 1812 r., Kr. 1937; Archiwum rodzinne D-go; publiczne znajduje się w B. Narodowej i z niego czerpali Askenazy, Staszewski i Berent (»Nurt«).
Adam Skałkowski